Drukuj

Masz dziecko na Wyspach? Uważaj!

Zbyszek. Opublikowano w Wiadomości z UK

Opisaliśmy ostatnio historię polskiej rodziny z Londynu, której 9-letnie dziecko zostało zabrane podczas zajęć szkolnych i trafiło do tymczasowej rodziny zastępczej. Jak się okazuje, w podobnej sytuacji jest dużo więcej rodzin polskich emigrantów. Jak zaradzić takiej tragedii? Co robić, by do niej nie doszło? Dokąd pójść, gdy już stanie się najgorsze?

 

W zeszłym roku, ze wszystkich dzieci imigrantów, które przyszły na świat w UK, najwięcej było narodowości polskiej. To znak naszych czasów, ale i również powód, by ostrzec wszystkich Polaków, tak zakładających nowe rodziny na Wyspach, jak i przyjeżdżających ze swoimi pociechami z Polski. Uważajcie na opiekę społeczną!

"Dobry produkt adopcyjny"

- Polskie dzieci to dobry produkt adopcyjny – usłyszała w nieoficjalnej rozmowie z pracownikiem służb socjalnych (Social Services) Polka, matka czwórki dzieci, której odebrano całą czwórkę, w tym 3-miesięczną, nadal karmioną piersią córeczkę. Brzmi to jak teoria spiskowa, jednak to fakty z życia na Wyspach. Powstaje pytanie: skąd się bierze takie zapotrzebowanie na dzieci do adopcji?

"Liczby adopcyjne"

Oczywistym faktem jest, że nie wszyscy biologiczni rodzice są dobrymi rodzicami. W takich sytuacjach, priorytetem każdego państwa jest chronić swoich małych obywateli przed krzywdą.

Niestety, zanim dziecko znajdzie nową, kochającą go rodzinę, trzeba mu znaleźć tymczasowych opiekunów, tzw. foster parents.W ostatnich latach, niewydolny i skomplikowany proceder adopcyjny państwa brytyjskiego nie nadążał z przetwarzaniem rosnącej liczby przypadków.

To spowodowało konieczność wspomagania się niezależnymi agencjami fosteringowymi. W system wpompowano poważne pieniądze i tak „fostering” stał się jednym z najlepiej rozwijających się biznesów na Wyspach.

W 2012r. druga co do wielkości prywatna firma fosteringowa (założona sześć lat wcześniej przez dwójkę byłych pracowników socjalnych) została sprzedana za sumę 130 milionów funtów. Przypadek?
Rząd przyznaje, że fostering to rozwiązanie bardzo niedoskonałe, w tym ze względów finansowych.

Stąd nacisk poprzedniego rządu, a także obecnego premiera Davida Camerona na „upraszczanie i przyspieszanie procedur adopcyjnych”. Mówiąc to jednak, nie wnika jakim sposobem pożądane „liczby adopcyjne” są realizowane. I tu zaczyna się problem.

Jak działa system?

Rozsądna poniekąd dyrektywa rządowa zostaje w praktyce zniekształcona i zanim przejdzie przez szczeble menedżerskie i dotrze do szeregowego pracownika Social Services, pozostaje tylko proceduralnym wymogiem. Nie ma tam miejsca na niuanse czy emocje, tym bardziej, że pracuje się pod presją ze strony szefa, którego z kolei do cięższej pracy napędzają obietnice sporych bonusów za wykonanie „rządowych targetów”.

Nikt nie ma czasu patrzeć czy zachowano wszystkie procedury. Do pokrętności systemu dochodzi fakt tajności obrad Sądów Rodzinnych, co rodzi możliwości malwersacji, a nawet jawnych kłamstw, tak często zgłaszanych przez zdesperowanych rodziców. Co więcej, w systemie dochodzi do klasycznego konfliktu interesów.

Po pierwsze: council jest odpowiedzialny za udzielanie pomocy dzieciom, jak i również za kontrolę jakości tej pomocy. Po drugie: tzw. adwokat z urzędu, a także „niezależni” eksperci niekoniecznie mają interes w tym, by rzeczywiście pomóc przypisanemu sobie klientowi w odzyskaniu swojego dziecka.

Skala procederu

- Co 22 minuty przyjmowane jest dziecko do opieki tymczasowej – głosi czołówka strony internetowej jednej z większych brytyjskich agencji fosteringowych. Zakładka "Zostań Prawnym Opiekunem" wygląda bardziej jak reklama produktu konsumpcyjnego, niż informacja dla świadomych ciężaru odpowiedzialności, potencjalnych opiekunów.

- Fantastyczne wsparcie, profesjonalne szkolenie, sowite wynagrodzenie… – to inne hasło reklamowe firmy, która za pomyślnie przeprowadzone umiejscowienie dziecka u "klienta" dostanie nie mniej sowite wynagrodzenie od rządu, zaś sam klient za bycie opiekunem zgarnie "zasiłek" w wysokości L600 na tydzień. Polka pracująca dla jednej z takich agencji doniosła jak młoda Angielka chciała spłacić sobie dzieckiem dopiero co zaciągnięty mortgage.

Jak się ustrzec?

Przede wszystkim, należy mieć świadomość różnic między brytyjskim prawem rodzinnym a tym, do którego jesteśmy przyzwyczajeni z ojczyzny. O niuansach brytyjskiego prawa oraz jak ono działa w praktyce piszemy w tym numerze w drugiej już części Poradnika Rodzinnego. Obowiązuje tu jedna żelazna zasada, jak w zawodzie lekarskim: po pierwsze – nie szkodzić.

Gdy więc przyjdzie nam do głowy pomysł, by zgłosić się do Social Services po pomoc, pamiętajmy o przypadku pana Kamila, który po rodzinnej kłótni sam zgłosił się do swojego councilu o wsparcie, co wkrótce przypłacił utratą dziecka.

Jednoczmy się!

Niedawno pisaliśmy o inicjatywie Ambasady RP w Londynie, która apeluje do polskich emigrantów, by zgłaszali się do rejestru rodzin zastępczych. Jest to mile widziana inicjatywa, jako że zazwyczaj dochodzi do „zangielszczenia” polskiego dziecka (zalecenia sądu do utrzymywania kontaktu z kulturą kraju ojczystego są nagminnie ignorowane).

Niestety, zwiększenie puli polskich rodzin gotowych podjąć się roli opiekunów tymczasowych nie gwarantuje w praktyce, że to właśnie do nich trafi polskie dziecko. Większą rolę mogą odegrać biznesowe lub osobiste powiązania danej agencji z konkretnym councilem czy pracownikiem socjalnym.

Z tego powodu, "Polish Express" podejmuje się roli tymczasowego koordynatora działań na rzecz stworzenia centralnej, polskojęzycznej komórki ds. pomocy polskim rodzinom, którym zabrano dzieci z przeznaczeniem do adopcji. Do czasu powstania takiej inicjatywy, warto skontaktować się z kilkoma ważnymi organizacjami.

Stowarzyszenie Polskich Psychologów działa wolontaryjnie i tylko czeka na wsparcie z budżetu państwa polskiego. Niestety, ich dotacje zostały ostatnio ucięte, jak poinformowała mnie człońkini Stowarzyszenia.

Światełko w tunelu

O tym, że z bezdusznym systemem można wygrać, przekonali się Słowacy. Sprawa dwójki słowackich dzieci trafiła do Trybunału w Strasburgu, dokąd ich babka się odwołała i… sprawę wygrała. Co ciekawe, podczas procesu przed brytyjskim sądem, ta sama babka nie była nawet dopuszczona do bycia stroną.

Jednak w tej sprawie wydatnie pomógł słowacki rząd. Jak? Władze każdego państwa mogą stać się oficjalną stroną w procesie apelacyjnym. Koszt: symboliczne L265. Skoro więc Słowacy mogli, może my nie jesteśmy gorsi i stać nas, by wyłożyć kilkaset funtów z budżetu państwa na uratowanie choćby jednej polskiej rodziny przed tragedią.

Wystarczy jeden taki wygrany przypadek, a precedens rozniesie się szerokim echem po Wyspach, co może spowodować, że i my jako naród zaczniemy być brani bardziej poważnie przez brytyjskie sądy rodzinne oraz bezpardonowe lokalne władze.

Źródło: Polish Express (Jacek Wąsowicz/polishexpress; op)

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież